Koncert - The Libertines
W piątek 4 listopada miałam ogromną przyjemność uczestniczyć w koncercie brytyjskiego zespołu, który w licealnych latach kilkukrotnie zatrząsł moim ciałem i sercem. Nie tylko moim. Najbliższej koleżanki która mnie wciągnęła w świat Petera Doherty, również.
Mimo że od 2015 roku minęło aż 8 lat, to oni w rozpisce tegorocznej europejskiej trasy, nie zapomnieli o naszym kraju. The Libertines bo o nich mowa, to 4 muzyków którzy wiele przeszli. W 1997 r. w Londynie Carl, Peter, John i Gary uformowali zespół który tworzył od początku gatunek z kategorii post- punk revival, new wave, new revolution.
W późnych latach 90tych i na początku nowego wieku świecili tryumfy na scenie garażowego rocka.
Jednak nie trwało to długo. Około 2003-2004 czyli między albumami Up the bracket i The Libertines zaczęły się późniejsze problemy narkotykowe wokalisty zespołu co jak możemy się domyśleć i tak też bylo, przełożyło się na granie w zespole. Emocje które siedziały wtedy w głowie wokalisty możemy znaleźć w książce Books of Albion który jest jego zbiorem rysunków i notatek .
W 2010 roku nastąpił wielki reunion zespołu i do tej pory możemy cieszyć się ich twórczością. Z okazji 20lecia zespołu wystąpili w klubie Progresja.
Długo się zastanawiałam czy iść, bardziej moją miłością były zespoły Petera i Carla które założyli indywidualnie. Jednak ta świadomość, że grają 40min od mojego miejsca zamieszkania i przyjechali do mojego miasta CI anglicy - wygrało.
Około 20 min przed otwarciem bram pojawiłam się i nie zdziwiłam się że jest niewiele osób. W końcu otwarcie bram było już o 20.00 a koncert głównej gwiazdy dopiero o 22.15. Zakończył się około 23.50.
Sama późna godzina mnie zaskoczyła. Zazwyczaj tuż po 20 rozpoczynają się koncerty, a tu taka zmiana. Było zimno tego piątkowego wieczoru. Na sali również. Być może dlatego, że udało mi się mieć 1 rząd po stronie basisty. Wcześniej nie oglądałam żadnych filmików, czy zdjęć. Nie spojlerowałam sobie. Więc trochę nie wiedziałam czemu nikt po prawej stronie nie stoi ;D Potem już wiedziałam że wokaliści sobie stoją po lewe-j stronie sceny :D
2 zespoły supportowały Libsów. O 20.30 na podbój polskiej sceny ruszył zespół Landfill.
Próbowałam znaleźć jakieś informacje na temat tego zespołu, ale niestety. Mają 450 followersów w mediach społecznościowych i 8 piosenek na spotify. Co nie zmienia faktu, że byli uroczy i bardzo dobrze ROCKują na przyszłość.
Drugi support to Dead Freights. Ci już mają nieco więcej fanów bo ponad 3 tys. w mediach, więc.. coś już znaczą w tym muzycznym świecie. Pochodzą z Southampton i na rynku radzą sobie już od kilku lat. Perkusista fryzurą przypominał mi Kiedisa z red hotów i nie mogłam do końca ich występu uwolnić się od tego wizerunku :D Również wokalista przypominał mi z urody, dosyć delikatnej wcześniejsze oblicze Petera z Libsów, po ruchach wokalisty również dostrzegałam w nim Petera ze swoich początków.
Zespół określa się w mediach jako "Beatles od Death Metal, Nirvana John Misty. Putting the ABBA in Black Sabbath" :D Można więc wnioskować, że to chłopaki z jajem i dobrym poczuciem humoru. Widać było że cieszy ich wspólne występowanie. Kontakt z publicznością był bardzo duży, co w przypadku 1 supportu raczej nie miało miejsca. Bardzo mi się podobało. Zdecydowanie spełnili rolę supportu , podobni gatunkowo do Libsów i rozgrzali publiczność, a wśród nich dało się usłyszeć fanów z UK. Tu macie fragment jednej z piosenek z Warszawy-->
Wszystkie 3 zespoły wbiły na scenę punktualnie. Na prawdę, dla mnie to ma spore znaczenie. Zawsze to kontroluję na zegarku :D
Libertines dał koncert marzeń. Publiczność dopisała, była wyjątkowa. Czasami czułam się tak jakby to była mała sala koncertowa w jakiejś dziurze zabitej dechami w zapyziałej dzielnicy Anglii a oni, bliskość sceny którą oferuje progresja pokazuje nam jak mogą być artyści na wyciągnięcie ręki.
Setlista marzeń, kontakt z fanami również - prośba Petera i próba nauki jak powiedzieć po polsku" raz dwa trzy cztery" , uśmiechanie się do siebie, do publiczności. Wrzucenie polskiej flagi na scenę na początku koncertu która do połowy tak sobie leżała na głośniku. W końcu John w połowie koncertu powiesił ją sobie nieco wyżej a potem założył kapelusz który ktoś z fanów wrzucił na scenę.
Najbardziej przemiły okazal się perkusista grupy który na koniec każdego seta( chyba ze 3 bisy były), stawał sam przy mikrofonie i dziękował polskiej publiczności.
Polskiej, która oczywiście była międzynarodowa. Byli fani zza zachodniej granicy jak i wschodniej jak również akcent angielski. O ile po lewej stronie miałam na prawdę sympatyczną parę koncertową tak po prawej była to ukraińsko-polska chyba para gdzie przed koncertem machali polską flagą ale 90procent koncertu machała już ukraińską. Gdzie czekałam tylko aż mi oko wybije albo wyjdę z koncertu z guzem. Owszem, można pomachać flagą przez 2-3 piosenki..ale machać non stop było przesadą. Nawet jak Peter dostrzegł i docenił flagę to kurczę... oni dalej -.-`.
Ostatnią kwestią jaką chciałam poruszyć, było nagłośnienie.. zastanawiałam się skąd na moim telefonie słychać takie trzaski. Bo przecież mój telefon mimo że nie z najwyższej półki ani nawet średniej, to daje sobie dobrze radę. A okazuje się prosze Państwa że to Klub nawalił. Że było za głośno i stąd ten okropny dźwięk. Dobrze że choć trochę słyszałam i rozumiałam co mówią do fanów.
Fajnym momentem pod koniec było to że Carl zszedł do publiczności, po to by wziąć czyjego winyla na scenę i aby się wszyscy podpisali *.* A Peter udawał że chce wskoczyć również na publiczność, co mogło przy Jego nadwadze skończyć sie dla obu stron różnie :D Co w doskonały i śmieszny sposób opisała Ada . A Zbigniew odniósł się do dźwięku(ps. jak klikniecie zdjęcie to Wam się powiększy :))



Komentarze
Prześlij komentarz